Konferencje
Mobile Trends
grafika ręka robota a nad nią serduszka symbolizujące lajki w social mediach

Twoi klienci mają dość AI. Dlaczego w social mediach wygrywa dziś to, co niedoskonałe?

Jeszcze niedawno wygrywał ten, kto produkował więcej. Dziś wygrywa ten, kto brzmi autentyczniej. W feedach pełnych treści generowanych przez AI przewagę budują nie najbardziej dopracowane komunikaty, ale te, które mają w sobie człowieka – jego głos, emocje i niedoskonałości. Paradoks? Niekoniecznie. To naturalna reakcja odbiorców na przesyt perfekcją. Sprawdź, dlaczego dziś w social mediach wygrywa to, co niedoskonałe i jak odzyskać autentyczność, zanim Twoje treści zaczną brzmieć jak wszystkie inne.

Na przełomie 2022/23 roku modele językowe, takie jak ChatGPT, weszły do mainstreamu i w błyskawicznym tempie zostały zaadaptowane przez branżę marketingową – i trudno się dziwić. Obietnica była kusząca – więcej treści, szybciej, taniej i przy minimalnym zaangażowaniu zespołów. AI w kilka miesięcy przestało być ciekawostką, a stało się codziennym narzędziem pracy.

Trzy lata później z tego AI-owego balonika wyraźnie zaczęło uchodzić powietrze. Zostaliśmy zalani treściami, które są poprawne, ale jednocześnie bardzo przewidywalne i pozbawione jakiegokolwiek charakteru. Dziś, gdy scrolluję media społecznościowe, mam wrażenie, że czytam posty napisane przez tę samą osobę, która tylko co chwilę zmienia logo profilu. Te same konstrukcje, ten sam rytm i charakterystyczne zwroty. Jako marketerzy, w pogoni za efektywnością i masową produkcją treści, oddaliśmy to, co mieliśmy najcenniejszego – charakter i tożsamość marek. 

Odbiorca widzi więcej, niż nam się wydaje

Nasi odbiorcy nie są na to obojętni. Oni też mają dostęp do tych narzędzi i nauczyli się błyskawicznie wyczuwać ten specyficzny, wygładzony ton treści. Dane tylko to potwierdzają. Z raportu „AI Content Creation Statistics 2026” wynika, że 52% konsumentów deklaruje spadek zainteresowania treścią, jeśli podejrzewa, że została wygenerowana przez sztuczną inteligencję. Z kolei badanie Joe Youngblooda pokazuje, że ponad połowa odbiorców traci zaufanie do autorów korzystających z AI, a 40,4% gorzej ocenia marki publikujące tego typu materiały. To wyraźny sygnał, że stawką przestaje być sama efektywność tworzenia treści, a zaczyna nią być jakość relacji z odbiorcą. Współczesny użytkownik jest coraz bardziej wyczulony na komunikację, która wydaje się „zbyt dopracowana” i pozbawiona indywidualnego charakteru. Rośnie potrzeba autentyczności – treści tworzonych z perspektywy człowieka, opartych na doświadczeniu, emocjach i własnym punkcie widzenia.

Marketerzy i odbiorcy patrzą w przeciwnym kierunku

Najbardziej uderzający jest jednak wyraźny rozdźwięk pomiędzy tym, co jako marketerzy planujemy dostarczać, a tym, czego realnie oczekują odbiorcy. Tegoroczny raport Sprout Social dość bezlitośnie to pokazuje – podczas gdy konsumenci wskazują treści tworzone przez ludzi jako swój absolutny priorytet, my marketerzy robimy zupełnie odwrotnie. Jednym z naszych najważniejszych celów na rok 2026 jest… generowanie treści w AI. Konsumenci mają dość masowej produkcji, chcą interakcji z kimś, kto ma własne zdanie, jest niedoskonały i autentyczny. Wygrają marki, które to zauważą i uwzględnią w swoich content planach na najbliższe miesiące.

Lo-fi content, czyli treści celowo „niedoskonałe”

Jeszcze kilka lat temu marki ścigały się na perfekcyjnie wyprodukowane kreacje. Dziś coraz częściej wygrywają formaty, które wyglądają tak, jakby powstały spontanicznie – nagrane telefonem, bez studyjnego światła i wielogodzinnego montażu. To właśnie istota lo-fi contentu – treści, które przypominają naturalną komunikację.

Coraz większego znaczenia nabiera również tzw. raw authenticity, czyli surowa, niefiltrowana autentyczność komunikacji. To ona buduje poczucie kontaktu z realnymi ludźmi, a nie jedynie „wygładzonym” wizerunkiem marki. Dlatego dobrze działają materiały behind the scenes, szybkie relacje zza kulis, surowe nagrania z telefonu, spontaniczne komentarze ekspertów do bieżących wydarzeń czy ad hoc nagrywane odpowiedzi na pytania odbiorców.

Co ważne, skuteczność takich formatów potwierdzają również dane. Badania Dash Social pokazują, że lo-fi wideo, np. niskobudżetowe Reelsy nagrywane telefonem, generują średnio o 40% więcej odsłon i około 30% wyższy zasięg niż wysokobudżetowe produkcje hi-fi. To wyraźny sygnał, że odbiorcy coraz częściej premiują nie perfekcję, lecz autentyczność. Dla marek oznacza to przesunięcie akcentu: z produkcji na komunikację. Nie chodzi już o to, by każda publikacja wyglądała jak kampania, ale by była naturalnym punktem styku z odbiorcą.

Dobrym przykładem jest profil Ministerstwa Dobrego Mydła, gdzie estetyczne zdjęcia i dopracowane materiały produktowe przeplatają się z autentycznymi treściami nagrywanymi „z ręki”, spontanicznymi wypowiedziami właścicielek czy relacjami zza kulis produkcji. Zamiast wyłącznie eksponować gotowy produkt, marka pokazuje proces, codzienność, ludzi stojących za biznesem i emocje towarzyszące tworzeniu. To komunikacja bliższa rozmowie niż reklamie – i właśnie dlatego angażuje. Widać to szczególnie w komentarzach, gdzie odbiorcy nie tylko chwalą produkty i jakość obsługi, ale kibicują marce, wspierają ją i w naturalny sposób stają się jej ambasadorami. Social proof nie jest tu efektem zaprojektowanej strategii – buduje się organicznie, jako rezultat autentycznej relacji. I to ważny wniosek: lo-fi content nie musi oznaczać rezygnacji z estetyki czy przemyślanych kadrów. Przeciwnie – może je wzmacniać, dodając marce wiarygodność i ludzki wymiar.

Źródło: https://www.instagram.com/ministerstwodobregomydla/

Vulnerability content, czyli siła kontrolowanej niedoskonałości

Jednym z najmocniejszych kontrtrendów wobec „instagramowej perfekcji” jest vulnerability content, czyli treści, w których marki i twórcy pokazują nie tylko sukcesy, ale też potknięcia, błędy, wpadki i momenty, kiedy coś po prostu nie wyszło. Coraz częściej w social mediach pojawiają się historie o tym, co się nie udało i czego trzeba było się nauczyć po drodze. I to jest ważne: taka komunikacja wcale nie odbiera marce eksperckości. Wręcz przeciwnie – sprawia, że staje się bardziej wiarygodna, bo pokazuje doświadczenie „w realu”.

Dobrym przykładem są Kiszone Specjały. To marka, która bardzo konsekwentnie idzie w stronę autentyczności. Na profilu marki pojawiają się prawdziwe kadry: kiszonki, które wykipiały, proste nagrania z telefonu, rozmowy właściciela z babcią w kuchni czy wspólne gotowanie. Do tego dochodzą szybkie odpowiedzi na pytania z komentarzy w formie mówionych rolek. Efekt jest taki, że odbiorca ma poczucie, jakby zaglądał komuś do domu, a nie oglądał kolejny „ładny profil marki”. 

Źródło: https://www.instagram.com/kiszone_specjaly/

Szczególnie interesujący był też post z początku roku, w którym marka w formie karuzeli na Instagramie po prostu opowiedziała o swoich porażkach z poprzednich miesięcy – o rzeczach, które się nie udały, projektach, których nie dowieźli, i planach, które trzeba było zmienić. I zamiast kryzysu wizerunkowego pojawiło się coś zupełnie odwrotnego – ogrom wsparcia. W komentarzach dominowały słowa uznania, docenienie szczerości i realne deklaracje lojalności wobec marki. 

Źródło: https://www.instagram.com/kiszone_specjaly/

To dobrze pokazuje, że vulnerability content nie jest „opowieścią o porażkach dla samej opowieści”. To raczej sposób budowania relacji, w której marka przestaje być tylko nadawcą komunikatu, a zaczyna być kimś realnym – z procesem, błędami i normalną, nieidealną codziennością.

Strategie „Human-First” w social mediach

UGC – klient już nie jako recenzent, ale współtwórca narracji

User Generated Content przestał być dodatkiem do komunikacji marki – dziś jest pełnoprawnym formatem, a coraz częściej także jednym z filarów strategii contentowej. To już nie tylko zdjęcia, opinie czy spontaniczne polecenia. W dobrze działającym UGC produkt przestaje być głównym bohaterem, a staje się elementem codzienności, stylu życia, wyborów i tożsamości odbiorcy. Zamiast komunikatu „polecam ten produkt”, pojawia się narracja: „to jest część mojego świata”.

Kluczowa różnica względem tradycyjnych współprac z influencerami – zwłaszcza tymi o dużych zasięgach – polega napoziomie wiarygodności i „bliskości” komunikatu. Duże kampanie influencerskie najczęściej odbierane są jako element zaplanowanej strategii reklamowej. UGC działa inaczej, bo wyrasta z autentycznego doświadczenia użytkownika. Dzięki temu komunikat jest postrzegany jako bardziej wiarygodny i mniej „wystylizowany pod sprzedaż”. To właśnie ta autentyczność sprawia, że UGC tak dobrze działa. Odbiorcy łatwiej identyfikują się z treściami tworzonymi przez „ludzi takich jak ja” – realnych użytkowników, a nie influencerów. I właśnie ta wiarygodność ma dziś bardzo konkretną wartość biznesową. Badanie Power Digital Marketing pokazuje, że 70% konsumentów regularnie szuka treści tworzonych przez innych użytkowników przed zakupem – to dwukrotnie więcej niż rok wcześniej. Z tego samego badania wynika również, że reklamy wykorzystujące UGC generują nawet czterokrotnie wyższy CTR niż tradycyjne kreacje reklamowe. To nie tylko dowód rosnącego zaufania do twórców UGC, ale sygnał, że autentyczność realnie wpływa na efektywność komunikacji.

Źródło: www.instagram.com

Nano i mikroinfluencerzy – mniej zasięgu, więcej wiarygodności

Odbiorcy są dziś coraz bardziej wyczuleni na klasyczne współprace influencerskie i treści sponsorowane. Wiedzą, że za rekomendacją stoi wynagrodzenie, a fakt, że na profilach dużych twórców widzą serię podobnych publikacji promujących kolejne marki, nie sprzyja wiarygodności, lecz zwiększa dystans. W związku z tym ciężar inluencer marketingu stopniowo przesuwa się z dużych nazwisk w stronę mniejszych twórców – nano (1-10 tys. obserwujących) i mikroinfluencerów (10-100 tys. obserwujących). Ich największą przewagą jest autentyczność wynikająca z bliskiej relacji z odbiorcami oraz naturalnego kontekstu publikowanych treści. W przeciwieństwie do dużych influencerów ich rekomendacje są odbierane bardziej jak polecenie od znajomego niż reklama. Mniejsze społeczności często oznaczają również wyższe zaangażowanie i większe zaufanie do twórcy, co bezpośrednio przekłada się na skuteczność komunikacji. Kluczowe jest też to, że współprace z mniejszymi twórcami bywają lepiej dopasowane do stylu życia i zainteresowań odbiorców, pozwalając markom docierać do precyzyjnie zdefiniowanych nisz.

Employee Advocacy – ludzie silniejsi niż logotyp

Employee Advocacy to podejście, w którym pracownicy stają się ambasadorami marki w mediach społecznościowych – i nierzadko komunikują skuteczniej niż oficjalne kanały firmy. Dzieje się tak dlatego, że z natury ufamy bardziej ludziom niż instytucjom, a komunikaty płynące od pracowników są odbierane nie jako bezpośredni przekaz marki, lecz jako perspektywa osób, które tę markę współtworzą. To właśnie czyni ten format autentycznym. Treści publikowane przez pracowników są osadzone w realnym doświadczeniu – pokazują codzienność, kulisy pracy, relacje, procesy czy kulturę organizacyjną z perspektywy uczestnika. Dzięki temu są mniej „wyreżyserowane”, mniej korporacyjne i bliższe naturalnej komunikacji w social mediach. Nie bez znaczenia jest też fakt, że profile osobiste często osiągają większe organiczne zasięgi niż kanały firmowe, co naturalnie zwiększa widoczność treści. Ale siła employee advocacy nie tkwi wyłącznie w dystrybucji. Głównym atutem tej strategii jest to, że marka przestaje mówić jednym, instytucjonalnym głosem, a jej historia zaczyna być opowiadana przez wielu wiarygodnych, różnorodnych ambasadorów. Format ten wzmacnia także employer branding, bo pokazuje organizację „od środka” – przez ludzi, ich codzienną pracę i wartości, a nie wyłącznie przez deklaracje marki. Dla autentyczności tego formatu kluczowe jest jednak to, że marka nie może wymuszać zaangażowania pracowników, ale tworzyć środowisko, w którym chcą oni sami dzielić się swoją perspektywą. 

Ciekawym przykładem takiego podejścia jest Biedronka i program ambasadorski #WeBiedronka realizowany przez pracowników marki na LinkedIn. W ramach programu powstało ponad 4000 postów, z których każdy stanowi osobistą historię i perspektywę z wnętrza organizacji. Treści te wygenerowały ponad 160 000 reakcji i komentarzy, pokazując skalę zaangażowania odbiorców. Średni zasięg pojedynczego posta wynosił około 25 000 wyświetleń. To pokazuje, że employee advocacy nie jest wyłącznie działaniem wizerunkowym, ale realnym kanałem dystrybucji treści, który działa dzięki swojej autentyczności. 

Źródło: linkedin.com

Podsumowanie

AI wcale nie jest problemem – jest narzędziem. I jak każde narzędzie, może wzmacniać albo osłabiać markę, w zależności od tego, jak z niego korzystamy. Wspiera proces, przyspiesza pracę, pomaga skalować działania. Ale nie zastąpi doświadczenia, perspektywy i emocji, które stoją za autentyczną komunikacją. Dziś odbiorcy są bardziej świadomi niż kiedykolwiek. Widzą schematy, rozpoznają „AI-owy ton” i coraz częściej go odrzucają. Nie dlatego, że mają problem z technologią, tylko dlatego, że mają przesyt treści, które brzmią tak samo. Wygrywają marki, które rozumieją, że efektywność nie może być celem samym w sobie, że komunikacja to nie tylko publikacja – to przede wszystkim relacja. A relacje buduje się na autentyczności, nie na perfekcji.

Autorka: Kamila Maleszak – Marketing Specialist w DevaGroup –  jednej z najdłużej działających agencji SEO/SEM w Polsce, z nieprzerwanym statusem Google Premier Partner. Ukończyła Dziennikarstwo i komunikację społeczną oraz Zarządzanie mediami i reklamą na Uniwersytecie Jagiellońskim. W branży od 2021 roku. Specjalizuje się w copywritingu i komunikacji w nowych mediach. Interesuje się mediami społecznościowymi oraz strategiami komunikacyjnymi firm i instytucji publicznych.

Udostępnij
Mobile Trends
Zobacz także